sobota, 31 marca 2018

Wrocław 2016 test ze zdjęciami

A więc zacznijmy od początku.
Wczoraj moje szanowne dupsko na miejsce dowiózł taki oto grat. 



Obraz w treści 1

Silnik niewiele większy od mojego (w sumie to nie mojego) pyrtka. 1.0 Ecoboost. co to jest??
Wole siekola, tęsknię za nim.
No ale jako, że wczoraj zajechałem późno to i na łażenie nie było czasu za bardzo.
Uderzyłem do MoaBurger na bułę z bekonem i serem gorgonzola. Pycha, zdjęcia nie ma bo byłem mega głodny i nie myślałem o spełnieniu swojego społecznego obowiązku.
Chodząc sobie odrobinkę po starym mieście znalazłem miejsce śmierdzące mieszanką skarpet/brudnych szmat i starych ludzi, z którego Tata nigdy by nie wyszedł, z resztą sam miałem problemy.
Miejsca z 15 metrową ladą z serami o średnicy pewnie większej niż metr(zostałem poczęstowany kawałeczkiem parmegiano regiano i ementalera), olbrzymim stanowiskiem z górą oliwek (pani hiszpanka - albo rumunka nie widzę różnicy, głośna, gruba i prawie mnie zmusiła do zakupu postanowiła mnie poczęstować jedną - jak będziecie mieli okazję w Hiszpanii to spróbujcie, zupełnie coś innego) oraz intrygującym stanowiskiem z polskimi tradycyjnymi wędlinami obsługiwanym, przez bardzo czarnego Pana. Takiego jak ten co gdzie on się nie mył.
Obraz w treści 4
Obraz w treści 5

Będąc już zmęczonym i podróżą i burgerem i trochę zapachem tych serów oraz bezustannym podchodzeniem to mnie młodych, niczego sobie dziołch, jak się okazało nie skuszonych moim adonisowym wyglądem lecz urojonym mniemaniem, iż w moim portfelu znajduje się coś więcej niż karta lojalnościowa z Żabki i kilka miedziaków co zechciałbym wydać na szampana za milion złotych bądź taniec na kolanach.
Jako, że takie uciechy mam na miejscu, w mieście z którego pochodzę to wolałbym dofinansować lokalne działalności gospodarcze w Wielkopolsce pacnąłem fotę jakiegoś starego budynku przy rynku:
Obraz w treści 6
i poszedłem spać.


We wtorek, wstałem rano, zjadłem największe śniadanie w życiu, oo i tu pewnie jesteście zdziwieni.
Przecież Mateusz nie jada śniadań.
Ale przypomnę, stawia firma. Jako, że jestem z Poznania to nie odpuszczę.
Kopa jajecznicy, sałatka z suszonymi pomidorami, 3 bułki (szynka/ser, pasta jajeczna i pasztecik), jajko na miękko, płatki i dwa kawałki arbuza.
Do tego 2 kawy i 2 świeżo wyciskane przez maszynę (zapewne wyciskane z kartonu ale zawsze świeżo wyciskane) soczki.
Pojechałem do Amazona, odwaliłem swoje i wróciłem.
I tu zaczęła się moja przygoda.
Otóż.
Zmieniłem spodnie, zadzwoniłem do rodzicielki i wybyłem na miasto w rytmie marsza wygrywanego radośnie przez moje trzewia.
Na pierwszym miejscu przygody miało znaleźć się podobno kultowe miejsce na mapie kulinarnego Wrocławia.
Miejsce o enigmatycznej, kryjącej jej specjalizację nazwie - ZUPA - hę, nie wiecie co tam dają nie? - UWAGA - Zupy! - ta dam, zaskoczenie nie!
Ale miejsce faktycznie musi być kultowe bo o godzinie 18:00, 3 godziny przed zamknięciem została tylko resztka zupy marchewkowej, na którą akurat nie miałem ochoty.
To co było skreślone na tablicy, jako - Wyszło i nie wróci, przynajmniej dzisiaj -  to: tajska zupka z krewetkami, grochówka, krem buraczany z bekonem, krem pomidorowy oraz kilka innych pozycji, których nie byłem w stanie odczytać przez oczy pełne łez. 
Myślę, szlag. Biednemu zawsze w oczy. Idę dalej w nosem w telefonie szukając jakiejś przystawki/przekąski.
Idę tak i idę a tu bam i do ręki wpada mi:
Obraz w treści 2
Sushirolka z Sushirolki. Z krabem i imbirem. Ale nie jakimś tam paluszkiem krabowym. Normalny krab, podobno. Jestem w stanie w to uwierzyć bo nie wybijał się jakoś smakiem. Chociaż całość dobra. Kosztowało to 9 złotych więc również uważam, że nie najgorzej chociaż do naszego Min's Onigiri za 6 zł nie ma startu. Cenowo jak i smakowo.
Skoro pierwszy głód zaspokojony to trzeba by i zająć się tym drugim.
Również było kilka opcji do wyboru. Pizza na Szewskiej, podobno super ale pizza wszędzie jest, Osiem misek (tu bym pewnie zbańczył bo wszystko co mają jest w kręgu moich zainteresowań) ale przenieśli się z Wyspy Słodowej na Borowską, jakieś 5 kilometrów na południe (szkoda tylko, że sprawdziłem to będąc już na wyspie).
Miałem nawet krótką myśl aby podjechać autem ale jako, że udało mi się postawić samochód na publicznym darmowym parkingu a nie hotelowym za 60 złotych za dobę to pomysł umarł. Rzuciłem mięsem pod nosem i pogroziłem niebiosom palce krzycząc - NASTĘPNYM RAZEM NIE ODPUSZCZĘĘĘĘĘĘĘĘ.
Godząc się z tym, że jednak będę zmuszony postawić na pizze zacząłem udawać się w owe miejsce ale znowu. Olśnienie.
Przecież 25.06 będą w tym mieście chciałem zaciągnąć moich współtowarzyszy do przybytku zwanego Shrimp House.
Wtedy usłyszałem, 29 złotych za talerz krewetek!! Zwariowałeś. Za drogo. Nie. Nie sramy pieniędzmi i poszliśmy na bułkę z klopsem za 28.
Se myślę. Nie ma teraz tych dwóch barbarzyńców. Mogę sobie iść gdzie chcę. Nikt mi nie będzie marudził. O błogość.
Pokierowałem więc swe kroki do Shrimp House.
Obraz w treści 3
Wygląda niepozornie. Znaczy na pewno smacznie ale niepozornie lecz do tego państwo właściciele dostawiają MICHĘ naprawdę świetnie ugotowanego ryżu jaśminowego i całość syci. Naprawdę.
A smaczne jest niebiańsko. Takich krewetek nie jadłem nigdy na mieście (generalnie nie to żebym jadał krewetki na mieście za często, ot zdarzyło się z raz czy dwa razy).
Miękkie, lekko pikantne i okazuje się, że coś co wygląda na marchewkę jest batatem a coś co wygląda jak ananas właśnie nim jest.
Z początku zjadłem i byłem lekko niezadowolony ilością ale po kilku minutach spaceru i poszukiwania miejsca na deser okazało się,  że co raz częściej muszę
nabierać głębokie wdechy. Będąc pod ostatnim miejscem na mapie, Lodziarnią Lizing (jedna z lepszych nazw jakie widziałem) zrezygnowałem z dopychania się.
Mogłoby to się skończyć bardzo swoiście wyglądającym pawiem.
Pochodziłem jeszcze kilka kilometrów z aparatem, którego zapomniałem naładować więc zrobiłem może 3 zdjęcia i wróciłem do hotelu parować i czekać na śniadanie.

**Wszelkie podobieństwa do innych tekstów znajdujących się w internecie nie jest przypadkowe, przecież to zbiór liter tworzących słowa, które tworzą zdania.
Nie przepraszam**

Roger out

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

On the road to dream

On the road to dream! Po trudnej acz udanej walce z plecakami czas przyszedł na podróż właściwą. Rozpoczęła się ona o 9:00, no praw...