środa, 11 kwietnia 2018

On the road to dream

On the road to dream!


Po trudnej acz udanej walce z plecakami czas przyszedł na podróż właściwą.
Rozpoczęła się ona o 9:00, no prawie. Ruszyliśmy z Poznania do Warszawy. `Ta część przebiegła bez najmniejszych niespodzianek. Na lotnisku dołączyliśmy do drugiej części ekipy, która jechała innym autem. Szybkie strechowanie plecaków, nadanie bagażu, bramki i odprawa paszportowa, w której Pan Strażnik ewidentnie nie był zadowolony ze spotkania mnie. Gdyby miał taką moc padł bym trupem porażony pogardą jego wzroku. Choć może to specyfika tego zawodu, ponieważ jego kolega po fachu na lotnisku w Dubaju wcale bardziej kontaktowy nie był. W innych „kasach” Panowie nawet próbowali podobno mówić po polsku. Mój ani me ani be ani cmoknij mnie w pompkę.

Czas na lot. Tu muszę się na chwilę zatrzymać. Był to mój pierwszy tak długi lot.
Trochę się go obawiałem, prawie 6 godzin w pozycji siedzącej w bardzo ograniczonej przestrzeni. Doświadczony dotychczasowymi lotami i wpijającymi się w kolana oparciami siedzeń przede mną to była perspektywa nieciekawa. Jakieś było moje zdumienie, gdy się okazało, że Emirates oferuje go aż nad to co jest mi potrzebne. Do tego siedzenie były dość wygodne. Następne miłe zaskoczenie to system rozrywkowo-informacyjny. Tona filmów, kilkanaście nawet w polskich wersjach językowych. Obejrzałem sobie tegorocznego laureata Oscara dla najlepszego filmu – Kształt wody (polecam choć dziwny) i zeszłoroczne Jumanji (to polecam bardziej, po prostu czysty fun) ale filmów jest znacznie więcej.


Następnym trochę zawodem choć zakończonym całkiem pozytywnie był posiłek. W menu miała być wołowina z puree z groszku lub kurczak z sosie musztardowym, ale dosłownie 3 osoby przede mną skończyła się wołowina. Został tylko kurak z kapustką modrą i małymi kluseczkami. Naprawdę smaczny kurczak. Do tego napoje jak to przemiła Pani Stewardesa Magda powiedziała limitowane jedynie zapasami samolotu. Soki (w tym bardzo smaczny sok mango), napoje z koncernu Coca-Cola, piwo, wino, mocniejsze alkohole. 

Niestety paru naszych rodaków postanowiło skorzystać z tej okazji i odbić sobie koszt biletu wypijając maksymalnie dużo alkoholu. Trochę mi było potem wstyd, bo jeden pan (mała litera to zabieg celowy) chciał nas wszystkich poinformować o swoich narodowościowych poglądach pokrzykując raz na jakiś czas coś i krzywo patrząc na ludzi o ciemniejszym odcieniu skóry.
Lecz po za tym i dość dużą ilością turbulencji powodujących później gigantyczne kolejki do toalet lot minął miło i bez niespodzianek. Punktualnie wylądowaliśmy na lotnisku a Dubaj nocą z powietrza po raz pierwszy robi wrażenie. Bezmiar świateł, niezależnie czy na wodzie czy lądzie. Miliardy świateł.

I pierwszy kontakt z powietrzem w Dubaju. Jezu jak duszno, Jezu jak gorąco. Obok na schodach jeden ze współtowarzyszy logu rozpaczliwie próbuje utrzymać się w pionie (nawet stewardesa podbiegła do niego i z troską w głosie poinformowała: Mister, here police is very strict about alcohol, please be careful – Proszę pana, tutejsza policja jest bardzo rygorystyczna w kwestii alkoholu, proszę uważać). Autobus podwiózł nas do terminalu. Skorzystaliśmy z toalety i udaliśmy się odprawy paszportowej, tam kolejka na około 30 minut. Po odprawie zaczęliśmy myśleć jak przetransportować się do hotelu.
Ostatecznie z braku innej opcji stanęło na taksówce. I tutaj kolejna przygoda. Mniej ważne dla całej historii jest to, że była to taksówka z różowym dachem, czyli prowadzona przez kobietę (mają swoje osobne oznaczenia) a dwa, że Panie nie miała zielonego pojęcia, gdzie ma jechać. Używała google mapsów. Kurs kosztował nas 50 dirhamów czyli w okolicy 50 złotych (w tym opłata początkowa za podebranie z lotniska 25 AED).
Zameldowaliśmy się w hotelu i zrobiliśmy szybki obchód okolicy, która bardziej przypomina zdjęcia z innych krajów arabskich niż Dubaju. Deira jest jedną ze starszych dzielnic Dubaju, zamieszkałą przez biedniejszą część jego społeczeństwa. W okolicy pełno knajpek, kawiarenek, małych sklepików i zdecydowanie podejrzanego towarzystwa acz na pierwszy rzut miłego i otwartego.



Rządni przygód i chętni sprawdzenia jak działa kuracja Dicoflorem postanowiliśmy zjeść prawdziwego arabskiego kebsa. Niestety nie znaleźliśmy baraniny albo wołowiny, więc został nam do wyboru kurczak. Kupiliśmy wrapa chicken masala za 10 AED. Naprawdę przyjemne, lekko pikantne, ale surowa marchewka była lekkim zaskoczeniem. A rano żadnych sensacji.

niedziela, 8 kwietnia 2018

Eka w Tajlandii!!!

Wielki dzień zbliża się wręcz stumilowymi susami.

W Matki Bożej Pieniężnej opuszczam Polskę aby spędzić wakacje życia ponad 8 tysięcy kilometrów od domu. W kraju mojej wieloletniej fascynacji, Tajlandii. Będzie to początek, przynajmniej taką mam nadzieje, spełnienia marzenia o zwiedzeniu Azji Południowo-Wschodniej.
Dlaczego takie marzenie? 

Nie wiem. 

Zawsze chciałem podróżować. Do tej pory robiłem to głównie palcem po mapie, a w sumie bardziej nawet kursorem. W ten sposób ze swojego krzesła przemierzyłem prawie cały świat. Na prawdziwe podróżowanie z wielkiego zdarzenia zawsze było za wcześnie, za późno, za mało urlopu, za mało pieniędzy, popsuty laptop, popsuty telefon, dziurawa skarpetka!! Każda wymówka, nawet najmniejsza była dobra. I tak właśnie zostałem podróżnikiem klikaczem. Zamkniętym w marzeniu. Zdawać by się mogło, że jest to marzenie niewystarczająco silne skoro wszystko inne było ważniejsze. Ale zawsze siedziało w okolicach potylicy i dawało o sobie znać za każdym razem gdy ktoś ze znajomych wracał z wakacji albo podczas oglądania filmików podróżniczych na Youtube.
Dobrnąłem do 30 roku życia zwiedzając trochę Słowacji, Czech i Niemiec. Cała moja podróżnicza kariera. Co więcej nie mogę powiedzieć, żebym zwiedził nawet Polskę. Krótko mówiąc byłem pipą w tej kwestii. Tylko chciałem, i fajnie, że chociaż to mi się chciało. Nic w tej kwestii nie robiłem. 

Do pewnego momentu.

Podczas spotkania ze znajomymi uradziliśmy. Jedziemy w pizdu. Szybkie głosowanie i ku mojej niezmiernej radości padło na Azję Południowo-Wschodnią, Tajlandia!!

Ok, wiem. Wszyscy jadą do Tajlandii ale gdzieś trzeba zacząć. 

Ustaliliśmy wstępnie termin na kwiecień i rozpoczęły się poszukiwania lotu oraz wypracowanie ramowego planu na sam wyjazd. 
Na początku myśleliśmy, że skoro już tam będziemy fajnie byłoby zobaczyć jakiś inny kraj, albo dwa. Może Wietnam? Kraj pochodzenia zupy pho. A może Kambodża i Angkor Wat? Może Singapur albo Malezja? Z drugiej jednak strony lecieliśmy do Tajlandii i co? Mieliśmy nie być w Tajlandii? Ostatecznie stanęło na zwiedzaniu rzeczonego Kraju Tysiąca Uśmiechów. Bangkok podczas Songkranu, Chiang Mai i słonie oraz Phuket. Trzy tygodnie, trzy, różne miejsca. 


Do wylotu zostało półtora dnia.
Salon wygląda jak pobojowisko.

Jako, że jest to moja pierwsza taka wycieczka to wszystko musiałem kupić. Dosłowne wszystko. Wliczając w to ubrania.

Dzisiaj próbne pakowanie + ogarnięcie podręcznego.
Już jestem przerażony.

M.



sobota, 31 marca 2018

Wrocław 2016 test ze zdjęciami

A więc zacznijmy od początku.
Wczoraj moje szanowne dupsko na miejsce dowiózł taki oto grat. 



Obraz w treści 1

Silnik niewiele większy od mojego (w sumie to nie mojego) pyrtka. 1.0 Ecoboost. co to jest??
Wole siekola, tęsknię za nim.
No ale jako, że wczoraj zajechałem późno to i na łażenie nie było czasu za bardzo.
Uderzyłem do MoaBurger na bułę z bekonem i serem gorgonzola. Pycha, zdjęcia nie ma bo byłem mega głodny i nie myślałem o spełnieniu swojego społecznego obowiązku.
Chodząc sobie odrobinkę po starym mieście znalazłem miejsce śmierdzące mieszanką skarpet/brudnych szmat i starych ludzi, z którego Tata nigdy by nie wyszedł, z resztą sam miałem problemy.
Miejsca z 15 metrową ladą z serami o średnicy pewnie większej niż metr(zostałem poczęstowany kawałeczkiem parmegiano regiano i ementalera), olbrzymim stanowiskiem z górą oliwek (pani hiszpanka - albo rumunka nie widzę różnicy, głośna, gruba i prawie mnie zmusiła do zakupu postanowiła mnie poczęstować jedną - jak będziecie mieli okazję w Hiszpanii to spróbujcie, zupełnie coś innego) oraz intrygującym stanowiskiem z polskimi tradycyjnymi wędlinami obsługiwanym, przez bardzo czarnego Pana. Takiego jak ten co gdzie on się nie mył.
Obraz w treści 4
Obraz w treści 5

Będąc już zmęczonym i podróżą i burgerem i trochę zapachem tych serów oraz bezustannym podchodzeniem to mnie młodych, niczego sobie dziołch, jak się okazało nie skuszonych moim adonisowym wyglądem lecz urojonym mniemaniem, iż w moim portfelu znajduje się coś więcej niż karta lojalnościowa z Żabki i kilka miedziaków co zechciałbym wydać na szampana za milion złotych bądź taniec na kolanach.
Jako, że takie uciechy mam na miejscu, w mieście z którego pochodzę to wolałbym dofinansować lokalne działalności gospodarcze w Wielkopolsce pacnąłem fotę jakiegoś starego budynku przy rynku:
Obraz w treści 6
i poszedłem spać.


We wtorek, wstałem rano, zjadłem największe śniadanie w życiu, oo i tu pewnie jesteście zdziwieni.
Przecież Mateusz nie jada śniadań.
Ale przypomnę, stawia firma. Jako, że jestem z Poznania to nie odpuszczę.
Kopa jajecznicy, sałatka z suszonymi pomidorami, 3 bułki (szynka/ser, pasta jajeczna i pasztecik), jajko na miękko, płatki i dwa kawałki arbuza.
Do tego 2 kawy i 2 świeżo wyciskane przez maszynę (zapewne wyciskane z kartonu ale zawsze świeżo wyciskane) soczki.
Pojechałem do Amazona, odwaliłem swoje i wróciłem.
I tu zaczęła się moja przygoda.
Otóż.
Zmieniłem spodnie, zadzwoniłem do rodzicielki i wybyłem na miasto w rytmie marsza wygrywanego radośnie przez moje trzewia.
Na pierwszym miejscu przygody miało znaleźć się podobno kultowe miejsce na mapie kulinarnego Wrocławia.
Miejsce o enigmatycznej, kryjącej jej specjalizację nazwie - ZUPA - hę, nie wiecie co tam dają nie? - UWAGA - Zupy! - ta dam, zaskoczenie nie!
Ale miejsce faktycznie musi być kultowe bo o godzinie 18:00, 3 godziny przed zamknięciem została tylko resztka zupy marchewkowej, na którą akurat nie miałem ochoty.
To co było skreślone na tablicy, jako - Wyszło i nie wróci, przynajmniej dzisiaj -  to: tajska zupka z krewetkami, grochówka, krem buraczany z bekonem, krem pomidorowy oraz kilka innych pozycji, których nie byłem w stanie odczytać przez oczy pełne łez. 
Myślę, szlag. Biednemu zawsze w oczy. Idę dalej w nosem w telefonie szukając jakiejś przystawki/przekąski.
Idę tak i idę a tu bam i do ręki wpada mi:
Obraz w treści 2
Sushirolka z Sushirolki. Z krabem i imbirem. Ale nie jakimś tam paluszkiem krabowym. Normalny krab, podobno. Jestem w stanie w to uwierzyć bo nie wybijał się jakoś smakiem. Chociaż całość dobra. Kosztowało to 9 złotych więc również uważam, że nie najgorzej chociaż do naszego Min's Onigiri za 6 zł nie ma startu. Cenowo jak i smakowo.
Skoro pierwszy głód zaspokojony to trzeba by i zająć się tym drugim.
Również było kilka opcji do wyboru. Pizza na Szewskiej, podobno super ale pizza wszędzie jest, Osiem misek (tu bym pewnie zbańczył bo wszystko co mają jest w kręgu moich zainteresowań) ale przenieśli się z Wyspy Słodowej na Borowską, jakieś 5 kilometrów na południe (szkoda tylko, że sprawdziłem to będąc już na wyspie).
Miałem nawet krótką myśl aby podjechać autem ale jako, że udało mi się postawić samochód na publicznym darmowym parkingu a nie hotelowym za 60 złotych za dobę to pomysł umarł. Rzuciłem mięsem pod nosem i pogroziłem niebiosom palce krzycząc - NASTĘPNYM RAZEM NIE ODPUSZCZĘĘĘĘĘĘĘĘ.
Godząc się z tym, że jednak będę zmuszony postawić na pizze zacząłem udawać się w owe miejsce ale znowu. Olśnienie.
Przecież 25.06 będą w tym mieście chciałem zaciągnąć moich współtowarzyszy do przybytku zwanego Shrimp House.
Wtedy usłyszałem, 29 złotych za talerz krewetek!! Zwariowałeś. Za drogo. Nie. Nie sramy pieniędzmi i poszliśmy na bułkę z klopsem za 28.
Se myślę. Nie ma teraz tych dwóch barbarzyńców. Mogę sobie iść gdzie chcę. Nikt mi nie będzie marudził. O błogość.
Pokierowałem więc swe kroki do Shrimp House.
Obraz w treści 3
Wygląda niepozornie. Znaczy na pewno smacznie ale niepozornie lecz do tego państwo właściciele dostawiają MICHĘ naprawdę świetnie ugotowanego ryżu jaśminowego i całość syci. Naprawdę.
A smaczne jest niebiańsko. Takich krewetek nie jadłem nigdy na mieście (generalnie nie to żebym jadał krewetki na mieście za często, ot zdarzyło się z raz czy dwa razy).
Miękkie, lekko pikantne i okazuje się, że coś co wygląda na marchewkę jest batatem a coś co wygląda jak ananas właśnie nim jest.
Z początku zjadłem i byłem lekko niezadowolony ilością ale po kilku minutach spaceru i poszukiwania miejsca na deser okazało się,  że co raz częściej muszę
nabierać głębokie wdechy. Będąc pod ostatnim miejscem na mapie, Lodziarnią Lizing (jedna z lepszych nazw jakie widziałem) zrezygnowałem z dopychania się.
Mogłoby to się skończyć bardzo swoiście wyglądającym pawiem.
Pochodziłem jeszcze kilka kilometrów z aparatem, którego zapomniałem naładować więc zrobiłem może 3 zdjęcia i wróciłem do hotelu parować i czekać na śniadanie.

**Wszelkie podobieństwa do innych tekstów znajdujących się w internecie nie jest przypadkowe, przecież to zbiór liter tworzących słowa, które tworzą zdania.
Nie przepraszam**

Roger out

On the road to dream

On the road to dream! Po trudnej acz udanej walce z plecakami czas przyszedł na podróż właściwą. Rozpoczęła się ona o 9:00, no praw...